Zastanawiam się czasami, co by było, gdyby nie te zimowe wieczory, kiedyś. Jakbym nie musiała traktować sentymentalnie połączenia kawy, dymu papierosowego i śniegu, i zimna, i miasta, i muzyki. Gdyby tak szczególnie nie wyrysowały mi się w pamięci. Może ktoś ma gumkę do ścierania? Tylko pożyczyć? Byłabym wdzięczna. Chciałabym sama namalować sobie świat. Od nowa. Bez tych krzywych tworów z dwoma wypukłaściami, niczego mniejszego od trzech!
Tylko lato i siedzenie w tunelu podczas burzy. I lato i wakacje i kanapki na Plaży. Albo El i wszystko. Siadanie na krawężnikach i dachach, słońce i piasek na chodnikach. Dlaczego cokolwiek co już było ma się liczyć?

Ale z drugiej strony, wieczne pragnienie żalu nad czymś. Wrodzona nostalgia i żałowanie decyzji, których się nie podjęło, tysięcy dróg, którymi możnaby było pójść. 
I wszechogarniające zmęczenie. I wahanie, niezdecydowanie, które je wywołują. Czasami zmęczenie wszystkim- tym, że nigdy nie mogę podjąć decyzji, tym, że nastrój (i nie tylko-przekonania, wszystko) zmienia mi się zbyt szybko, tym, że chciałabym nie mieć z tym problemu, jest nie do wytrzymania. Ale co z tego, jeżeli parę godzin później i tak wszystko będzie dobrze? I już nie ma się czym martwić, oprócz faktu, że kolejne parę godzin później znowu przyjdzie TO. 

Oby nie w nocy, w nocy jest najgorzej.
I dlatego to jest takie męczące, wieczne pogranicze








 .